Do czterech razy sztuka

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Właściwie gdyby to tylko ode mnie zależało i los nie sprawiłby, że nie koniecznie z własnej woli trafiałam ponownie do Serenissimy, kolejnych spotkań pewnie by nie było. Pierwsze wrażenia i najwcześniejsze wspomnienia to lepkie powietrze i klejący się tłum bardzo głośnych turystów.

Drugi raz to całkowity przypadek – zupełnie nieoczekiwanie trafiłam w samo serce karnawału. Niesamowite stroje, maski zamierające w doniosłych pozach nad kanałami i tak gęste morze ludzi na placu świętego Marka, że przeciskanie się przez nie było wręcz bolesne. I to przerażające uczucie, kiedy na kilka sekund straciłam z oczu rodziców. Tak, kiedyś ludzie nie mieli wszytych do kieszeni systemów lokalizacyjnych i nie chodzili na elektronicznych smyczach.

Za trzecim razem czułam się jak turystyczny lump, miałam niespełna 18 lat, ograniczony wakacyjny budżet i kilka godzin do zaokrętowania się na prom, który miał mnie zabrać do Grecji. Pamiętam ohydną turystyczną bułę, która kosztowała majątek i prowadzące do kanału schodki, na których urządziłyśmy sobie z psiapsiółką piknik.

A potem przydarzył się pewien kwietniowy poranek i kilka godzin czekania na samolot do domu. Niewiele myśląc porzuciłam tobołki w przechowalni bagażu i poszłam na spacer. Pamiętam, że bardzo chciałam dotrzeć nad Canale Grande i zobaczyć centrum bez turystów, a zamiast tego zaczęłam kluczyć i iść raz w prawo, raz w lewo, potem znowu w prawo… Wenecja budziła się do życia, z barów na ulicę wylewał się gwar mieszkańców popijających poranną kawę, po kanałkach śmigały łódeczki z zaopatrzeniem, gdzieś rozkładał się targ spożywczy, dzieciaki maszerowały z plecakami do szkoły, w asyście żywiołowych okrzyków rodziców. Nie wiem jak długo spacerowałam ani dokąd dotarłam. Dość powiedzieć, że kiedy nadszedł czas powrotu, ja która zaprzeczam podstawowym prawom świata i bezbłędnie orientuję się w przestrzeni, nie wiedziałam gdzie jestem.

Od tamtej pory marzyłam o powrocie do Wenecji, ale jakoś nie była mi po drodze. Do czasu. Nie ukrywam, że wracając miałam trochę obaw i wątpliwości – że coraz bardziej Wenecja przypomina skansen turystyczny, że wszędzie tłumy, niezależnie od pory dnia i roku, że drogo, że mało autentycznie, co krok stragany z chińszczyzną, a jedzenie plastikowe. Rzeczywiście, w okolicach największych atrakcji tak to niestety często wygląda, jednak wystarczy zboczyć z turystycznych ścieżek, zostawić w domu przewodnik, zapomnieć o obowiązkowych atrakcjach, a wszystko wygląda inaczej.

Przy okazji warto przejść się szlakiem lokalnych bacari (bary), uzupełnić płyny gdy nadejdzie pora aperitivo (idealnie się do tego nadaje spritz), popróbować przekąsek, nazywanych tutaj cicchetti, a potem dać się ukołysać vaporetto – lokalnemu tramwajowi wodnemu – w drodze na pozostałe wyspy laguny (m.in. Murano i Burano, widoczne na niektórych zdjęciach). I nagle okazuje się, że czar nie pryska, wręcz nabiera mocy, a gdy przed północą rozbrzmiewa Marangona, na placu świętego Marka nie ma nawet gołębi…

Na zakończenie dodam krótko, że dzisiejszy post jest troszkę na przekór temu co się obecnie w Wenecji dzieje – od niedzieli trwa karnawałowe szaleństwo, o którym jeszcze będzie okazja się rozpisać.

IS_murano
Murano

 

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Do czterech razy sztuka

  1. Tak sobie myślę, że dopiero zagubienie się w uliczkach pozwala na „oswojenie” Wenecji. Jak byliśmy w Wenecji drugi raz to wydawało nam się, że już wszystko wiemy gdzie co jest, że jak pójdziemy prosto, potem skręcimy kilka razy to dojdziemy do Placu Św. Marka, a tu po godzinie skręcania, zawracania, cofania się, bo kanały nie do przejścia, musieliśmy pogodzić się z naszą porażką i wyciągnąć mapę, co za wstyd, już drugi raz w Wenecji a my musimy chodzić z mapą 🙂 Było jeszcze potem kilka odwiedzin Wenecji, ale zawsze pokornie mapa w kieszeni była, chociaż pokochaliśmy to kręcenie się, zawracanie i odnajdywanie tylko naszych miejsc. Polecam wszystkim mapy do kieszeni i sami odkrywajcie to miasto. A mapę wyjmijcie jak już zobaczycie, że bez niej nie zdążycie na odlatujący samolot 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Święte słowa!
      Ja dodam jeszcze jedną poradę – warto zostać w Wenecji chwilę dłużej. I nie mam tu na myśli wizyty wymagającej załatwiania karty pobytu, ale chociaż dwa-trzy dni. Warto też uparcie dopytywać się mieszkańców o miejsca do których oni chodzą.
      Nie zapomnę jak ostatnim razem zaczepiłam gondoliera i zapytałam się o godny polecenia, nieturystyczny bar z cicchetti – najpierw uparcie próbował udawać, że nie słyszy tego co mówię po włosku, zachęcając mnie po angielsku do przejażdżki. Potem arognackim tonem odparł, że przecież to Wenecja, więc tu WSZYSTKO jest dla turystów, aż w końcu skapitulował i skierował nas do baru ukrytego w bocznej uliczce, 200 metrów od Galleria dell’Accademia (czytaj: kolejnego z bardziej obleganych miejsc), wypełnionego po brzegi tubylcami, z olbrzymim wyborem lokalnych przysmaków, serwowanych w standardowych cenach. Jeszcze na ścianach wisiały tabliczki: „Nie mamy wifi, porozmawiajcie ze sobą” 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s