Historia pewnej dziewczynki

Każdego dnia w podróży poznaję kilka, kilkanaście osób. Turystów, włóczykijów, kierowców, sprzedawców, czasami aniołów stróży. W przypadku większości z nich twarze i głosy pokrywa kurz czasu, zdarza się, że rozmywają się we mgle wspomnień. Nie sposób spamiętać wszystkich z którymi miałam okazję zamienić kilka słów, mimo iż bardzo bym chciała, ale pielęgnuję w pamięci kilka spotkań do których wracam myślami. Przelatują mi przed oczami jak klatki z filmu, w zależności od nastroju zatrzymuję się albo na tych którym towarzyszy głośny śmiech, wzruszenie czy zaskoczenie. Jedną z takich postaci jest pewna dziewczynka z okolic Mandalaj.

To był drugi dzień naszego pobytu, a ja byłam ledwie żywa. Lejący się z nieba żar i całodzienna wycieczka w skwarze (całe szczęście, że pojechaliśmy w porze deszczowej!) dawały mi nieźle w kość. Jedyne o czym marzyłam to orzeźwiająca bryza i zimny kokos, a tu przyszło nam czekać w upale, pośrodku niczego na łódeczkę, która miała zabrać nas na drugi brzeg rzeki do ruin starożytnego miast Inwa. Marudziłam i bałam, że nie zdążymy wrócić i pojechać podziwiać słońca układającego się do snu pod mostem U Bein.

I nagle pojawiły się dzieciaki. Już z daleka wiedziałam co się święci, słysząc okrzyki, którymi witają każdego potencjalnego kupca. Najeżyłam się, rzuciłam pod nosem „po moim trupie coś kupię” i kiedy podeszły – udawałam, że nic nie rozumiem. Z dumą prezentowałam asertywną postawę i rzeczywiście – dosyć szybko dzieciaki zorientowały się, że niewiele wskórają. Ale jedna mała cwaniurka nie dawała za wygraną. Uparcie, choć z wielkim urokiem zagadywała po angielsku, niemiecku, rosyjsku – przekonana, że my od wielkiego brata – hiszpańsku… Dalej twardo się broniłam. Lecz kiedy zaczęła nawijać mi na uszy makaronu po włosku, nie wytrzymałam (dla niewtajemniczonych – z miłości do kraju i języka zawodowo zajmuję się włoszczyzną).

Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że potrafi powiedzieć coś więcej niż „Ciao bella!”, rodem z rzymskiej ulicy – po tym gdy wyrecytowała kilkanaście pytań i odpowiedzi przeszła do tłumaczenia mi podstaw włoskiej gramatyki i podkreślania, że ja jestem bellissima, ale oni (dwóch przystojniaków, z którymi podróżowałam) są mężczyznami, więc musi powiedzieć belli 🙂

Opowiedziała mi, że wszystkiego nauczyła się od odwiedzających okolicę turystów – podchodzi, zagaduje, wypytuje i powtarza, powtarza, powtarza… (Repetitio est mater studiorum – tylko dlaczego moi uczniowie mi nie dowierzają, jak im to mówię?!) A że turystów coraz więcej odwiedza jej zakątek i po szkole ma dużo czasu, z którym coś musi robić (czytaj: przynosić do domu pieniądze) to taki wymyśliła sobie sposób na zarobkowanie. Mimo iż obie zdawałyśmy sobie sprawę z tej subtelnej manipulacji – ona może bardziej na swój dziecięcy, intuicyjny sposób, to spotkanie skończyło się oczywiście zakupami koralików i obietnicą z jej strony, że nie przestanie się uczyć. Oby.

Oto bohaterka mojej opowieści:

IS_DSC02127

PS Na koniec druga część birmańskich dzieciaków. Zwróćcie uwagę na ich różnorodność – w Birmie jest ponad 100 mniejszości etnicznych.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Historia pewnej dziewczynki

  1. Cudownie czyta się Twoją powieść w odcinkach, chciałoby się więcej i więcej … wiem że raczej więcej jak jeden wpis na dzień się nie pojawi, ale i tak zaglądam tu po kilka razy dziennie 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s